Było już dobrze po północy i gdyby nie światło księżyca odbijające się w ciemnych wodach Pacyfiku i blask dogasających ognisk, na piaszczystej plaży panowałyby egipskie ciemności. Na długim i grubym cedrowym balu siedział około czterdziestoletni mężczyzna trzymający w dłoni długi przedmiot. Tuż obok siedział drugi, nieco młodszy mężczyzna, który zwrócił się do starszego w te słowa:-
Nasz wielki wódz, Al-Is-Kah obdarzył Cię wspaniałym prezentem, Tahola.
Mężczyzna trzymający w dłoni długi przedmiot odparł:-
Tak, Haatse, ten harpun jest naprawdę znakomity. To najwspanialszy ze wszystkich harpunów, jakie do tej pory miałem. Mój Dziadek, a nasz wódz, jest wspaniałym człowiekiem. Uroczystość, którą dzisiaj zorganizował, była niezwykła i sądzę, że wszyscy przez niego obdarowani są zadowoleni. Duża w tym Twoja zasługa, Przyjacielu. Przedmioty, które Ty, Haatse, wyrzeźbiłeś na zamówienie mojego Dziadka, są naprawdę piękne i będą dobrze służyły naszym ludziom.
Haatse odpowiedział:-
Tahola, Twój Dziadek jest bardzo hojnym człowiekiem. Prezenty, jakie dziś rozdał są bardzo dobre. Cieszę się słysząc Twoje słowa o maskach, skrzyniach i innych przedmiotach wyrzeźbionych przeze mnie z cedrowego drzewa. Dziękuję. Prezent, jaki ja zaś dostałem jest doskonały i niezwykły.
Haatse wyciągnął ze skórzanej pochwy wypolerowany kościany nóż ozdobiony misternie wyrzeźbionymi zwierzęcymi motywami i rzekł:-
Ten nóż jest bardzo cenny. Twój Dziadek musiał wiele za niego zapłacić.
Tahola spojrzał na nóż w dłoni swojego przyjaciela i rzekł:-
Mój Dziadek bardzo Cię ceni.
Haatse uśmiechnął się szeroko. Obaj mężczyźni siedzieli w milczeniu wpatrując się w ocean przed nimi. Zbliżał się czas wielkiego dorocznego polowania na wieloryby, na które wyruszą wyłącznie myśliwi z rodziny wodza Al-Is-Kah, który był naczelnikiem jednej z grup Indian Makah1 zamieszkujących najdalej wysunięty cypel Stanów Zjednoczonych (z wyłączeniem Alaski). W tym czasie, a był to rok 1457, Stany Zjednoczone jeszcze nie istniały, a nawet Krzysztof Kolumb nie odkrył jeszcze Ameryki. Czy rzeczywiście ją odkrył? Wygląda na to, że nie. Przecież istnieją niezbite dowody na to, że prawie pół tysiąclecia przed nim, do północno-wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej dobił dzielny Wiking Leif Ericsson … Jednakże, Wiking ten był tylko prawdopodobnie pierwszym białym człowiekiem, którego stopa stanęła na nowym kontynencie. Pierwszymi prawdziwymi odkrywcami niezamieszkałej przez ludzi Ameryki byli Azjaci, którzy zaczęli przybyli na ten kontynent przez zamarzniętą Cieśninę Beringa kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Ludzie, którzy przybyli z Azji do Ameryki w migracyjnych falach lądolodem i drogą morską na przestrzeni wielu tysiącleci, zasiedlili ją od Alaski aż po Ziemię Ognistą. Jednym z rdzennych plemion Ameryki Północnej byli Makahowie, którzy od kilku tysięcy lat zamieszkiwali Półwysep Olimpijski w obecnym stanie Waszyngton. Indianie ci mieszkali na pacyficznym wybrzeżu wzdłuż Cieśniny Juan de Fuca, na południe od kanadyjskiej Wyspy Vancouver. Budowali długie domy z cedrowych bali i desek, w których mieszkali całymi rodzinami. Dzięki wielkiej obfitości darów natury, Makahowie stworzyli bogatą kulturę. Myśliwi polowali na jelenie, niedźwiedzie, foki i wieloryby. Łowiono pstrągi, łososie, halibuty oraz inne ryby, a także różne skorupiaki. Dzięki nadwyżkom pożywienia, Makahowie prowadzili handel wymienny z innymi plemionami. Stworzyli niezwykłą kulturę materialną, której bardzo ważnym elementem była ceremonia zwana potlaczem. Podczas potlaczu gospodarz rozdawał zaproszonym gościom drogocenne podarki, a także palił znaczną część swojego prywatnego dobytku. W ten sposób obdarowujący zyskiwał szacunek, prestiż i uznanie w swojej społeczności. Potlacze organizowane były w związku z zaślubinami, pogrzebami, nadaniem imienia lub też osiągnięciem sędziwego wieku. Al-Is-Kah naczelnik dużej osady znajdującej się w Zatoce Neah postanowił uczcić swoje sześćdziesiąte urodziny wystawiając wielką ucztę połączoną z rozdaniem prezentów. Zaprosił wszystkich, kilkuset mieszkańców osady oraz gości z innych osad Makahów leżących na Półwyspie Olimpijskim. Do ceremonii przygotowywał się całe dziewięć miesięcy, jako, że zgromadzenie wspaniałych podarunków było bardzo pracochłonne i kosztowne. Wynajęci na czas potlaczu swoiści reporterzy mieli za zadanie pełnić rolę świadków ceremonii, a następnie roznosić wszem i wobec wieść o hojności gospodarza. Zgodnie z tradycją, w ustalonym czasie wódz miał otrzymać w rewanżu podarunki od swoich gości.
Minęło kilka dni od potlaczu z okazji urodzin Dziadka Taholi. W tym czasie kilku doświadczonych Makahów intensywnie wypatrywało oznak wędrówki wielorybów z południa na północ. W końcu, gdy wieści były pomyślne, ustalono termin wielkiego polowania na następny dzień. Był ciepły kwietniowy dzień i myśliwi-wielorybnicy, wśród których był Tahola, kończyli doglądanie swojego wielorybniczego ekwipunku. Mężczyźni sprawdzali stan długich łodzi służących wyłącznie do połowu wielorybów2, dokładnie badali jakość harpunów, grubych lin do holowania wielorybów i sznurowania ich pysków, a także baloniastych pływaków służących do utrzymywania upolowanego ssaka na powierzchni wody. Tahola właśnie dokonywał inspekcji swojej długiej łodzi wielorybniczej z długim, wysokim dziobem, gdy podszedł do niego Haatse, który rzekł:- Witaj Przyjacielu! Przyszedłem życzyć Ci udanego połowu. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po Twojej myśli.
Tahola odparł:-
Dziękuję Haatse. Też mam nadzieję, że jutro upolujemy jakąś wielką „swędzącą twarz”3. Przez sześć długich księżyców przygotowywałem się do tej wyprawy i jestem pewien, że dopełniłem wszystkich obowiązków. Brałem udział w niezliczonych rytuałach, kąpałem się w lodowatej wodzie, naśladowałem ruchy wielorybów, zdzierałem sobie skórę muszlami małży i pąkli ...
Tahola uśmiechnął się i kontynuował:-
Jestem bardzo rad. Moja nowa łódź, którą ozdobiłeś symbolem klanu mojego Dziadka jest wspaniała. Na dodatek mam najwspanialszy harpun, jaki kiedykolwiek miałem w życiu. To wszystko dobrze wróży jutrzejszej wyprawie.
Obaj mężczyźni spojrzeli na długą łódź wykonaną z wypalonego cedrowego pnia ozdobionego pięknymi płaskorzeźbami przedstawiającymi głowy wilka – symbol klanu, do którego należeli Al-Is-Kah i Tahola.
Gdy Haatse odszedł, Tahola zamyślił się. Już niedługo wyruszy po raz kolejny na połów wielorybów. Robił tak od ponad dwudziestu lat, tak jak robili to jego przodkowie od czasu, gdy w zamierzchłych czasach zwierzęta pokonały Ptaka Grzmotu4 używając do tego podstępu. A było to tak. Tylko Ptak Grzmotu miał prawo do polowania na wieloryby. Potrafił złapać wieloryba w swoje potężne szpony i zanieść go na ląd gdzie później go zjadał. Zwierzęta zbudowały pustą w środku atrapę wieloryba pomalowaną smołą i zwodowały ją. Na otwartym oceanie pokonały zwabionego przynętą Ptaka Grzmotu i od tego czasu mogły polować na wieloryby. Zrodzeni ze związków z bogami ludzie dostąpili do tego zaszczytu. Od tej pory tylko członkowie klanów wodzów Makahów mogli brać udział w polowaniach na wieloryby.
Następnego dnia o świcie Makahowie ciągnęli po plaży pięć łodzi, z których każda mogła pomieścić dziewięciu myśliwych-wielorybników. Poranna mgła unosiła się nad wodą. Wkrótce załogi pięciu długich łodzi wiosłowały miarowym tempem płynąc na zachód. Zwyczajem Makahów, mężczyźni byli nadzy. W ciepłe dni też tak zwykle chodzili, a kobiety ubierały tylko spódniczki wyplecione z włókien cedrowej kory. Kruczoczarne włosy mężczyzn zwykle opadające luźno do ramion tym razem były spięte w krótki warkocz. Niektórzy z myśliwych-wielorybników nosili wąsy i brody i z twarzy bardziej przypominali japońskich marynarzy czy wojowników niż Indian. Wiosłujący Makahowie minęli poszarpane skały okalające plażę, z której wyruszyli od jej zachodniej strony. Po jakimś czasie łodzie Makahów wypłynęły na otwarty ocean przy ujściu Cieśniny Juan de Fuca i skierowały się na północ płynąc w odległości około mili od wybrzeży Wyspy Vancouver. Załoga łodzi należącej do Taholi płynęła najdalej od wybrzeża. Indianie właśnie minęli duże stado kilkumetrowych żarłaczy błękitnych, których płetwy wystawały groźnie nad wodą. Rekiny te, zwykle niegroźne dla człowieka w pojedynkę, w stadzie mogą stanowić dla ludzi zagrożenie. Wtem na horyzoncie w świetle słońca Indianie zauważyli kilka potężnych cieni na wodzie. To były wieloryby. Makahowie natychmiast zwiększyli tempo wiosłowania. Po chwili wiedzieli, że są na tropie stada humbaków liczącego siedem osobników. Makahowie każdego roku polowali na ten gatunek wielorybów, a także na wale szare, które zwali żartobliwie stworzeniami ze swędzącymi twarzami. Nadali im także dostojne i pełne szacunku imię „władcy świata”. Siedem humbaków, z których kilka mierzyło dwanaście metrów, płynęło szybko na północ. Jednak łódź, wprawiona w ruch dzięki wiosłom i stalowym mięśniom Makahów, zbliżała się do stada coraz szybciej i szybciej. Mężczyźni wiosłowali bez wytchnienia. Dystans dzielący indiańskich myśliwych-wielorybników od ostatniego ze stada potężnego humbaka był niewielki i mężczyźni był gotowi do rozpoczęcia polowania przy użyciu harpunów. Tahola odłożył wiosło i wziął do ręki swój nowy harpun z cedrowego drzewa o ostrzu zrobionym z ostrych jak brzytwa kawałków muszli. Indianin uniósł do góry harpun, do którego przywiązana była gruba lina na końcu, której przyczepiony był baloniasty pływak. To właśnie Tahola miał zadać wielorybowi pierwszy cios. Jeszcze tylko parę odepchnięć wioseł z drzewa cedrowego …
Nagle, zupełnie niespodziewanie, kilka metrów przed dziobem łodzi Makahów z wody wynurzyło się z impetem potężne ciało ogromnego humbaka. Wieloryb wypłynął na powierzchnię z głębi oceanu i wcześniej nie był w ogóle widoczny dla załogi łodzi Taholi. Humbak wyskoczył z wody na ponad trzy-czwarte swojej długości. Wyraźnie było widać jego charakterystyczne długie, białe płetwy. Wszystko jednak trwało bardzo krótko, bo już po chwili wieloryb runął do wody z potężnym hukiem, porównywalnym do armatniego wystrzału. Jego olbrzymie cielsko wpadło do oceanu tuż przed dziobem łodzi Makahów. W miejscu gdzie wieloryb zanurzył się w oceanie powstała ogromna fala, która z wielkim impetem uderzyła w łódź Taholi, po czym ją wywróciła. Tahola wraz ze swymi towarzyszami znalazł się w chłodnych wodach Pacyfiku. Z łodzi wypadły harpuny, pływaki i sznury i teraz dryfowały po powierzchni wody. Na domiar złego jeden z myśliwych-wielorybników, niejaki Tsa-weh-sup doznał urazu ręki. Z rany tuż pod ramieniem płynęła krew. Kilku Indian pośpieszyło rannemu z pomocą, ale ten był potężnie zbudowanym i silnym mężczyzną, który dał im do zrozumienia, że sam da sobie radę. Makahowie, doskonali pływacy, płynęli w stronę łodzi. Nagle Tsa-weh-sup instynktownie obrócił się za siebie … Dostrzegł je. W ich kierunku płynęły żarłacze błękitne. Ich płetwy były wyraźnie widoczne ponad taflą oceanu. Dla rekinów nawet najmniejsza kropla krwi to sygnał, że w pobliżu znajduje się coś do jedzenia. Tym razem krwi w morskiej toni było znacznie więcej … Tsa-weh-sup zawołał do swoich towarzyszy, ostrzegając ich o niebezpieczeństwie. Mężczyźni jeszcze szybciej zaczęli płynąć w stronę łodzi. Sytuacja była naprawdę groźna gdyż żarłacze błyskawicznie zbliżały się szybko do uciekających ludzi. I wtedy zupełnie niespodziewanie między Makahami, a rekinami przepłynęło duże stado czarnobiałych orek. Po chwili orki powróciły, a kilka z nich z gracją wyskoczyło ponad morskie fale. Żarłacze wyraźnie speszyły się obecnością potężnych, drapieżnych ssaków i odpłynęły. Chwilę później dziewięciu Indian dopłynęło do swojej łodzi i wdrapało się na jej pokład. Tahola odwrócił się za siebie. Orek już nie było. Zniknęły tak samo tajemniczo jak się pojawiły. Rozpłynęły się jak poranna mgła nad oceanem. Humbaków też już nie było. Dookoła było zupełnie pusto. Tylko gdzieś daleko na północy majaczyły sylwetki innych łodzi Makahów.
Indianie zdołali odzyskać część sprzętów, które wypadły z łodzi. Tahola odnalazł swój cenny harpun, który dryfował niesiony na falach przez pływak z długą liną. Niestety w głębiach oceanu zatonęły ciężkie, grube sznury, służące do holowania i wiązana pyska upolowanego wieloryba, aby ten nie utonął, a bez których polowania nie dało się kontynuować. Makahowie postanowili wrócić do swojej osady w Zatoce Neah. Po drodze minęli jedną z łodzi, której załoga zdołała upolować olbrzymiego samotnego wala szarego, który podążał za innymi wielorybami w stronę Morza Beringa. Wale szare robiły tak, co roku o tej porze. Po doholowaniu wieloryba do osady nastąpiły tradycyjne ceremonie dziękczynne za udane polowanie. Dziękowano upolowanemu wielorybowi za to, że dał Makahom siebie w darze. W osadzie wodza Al-Is-Kaha panowała radosna atmosfera. Jak to było w zwyczaju tego ludu z wybrzeża Pacyfiku, wykorzystywano niemal każdą część upolowanego wieloryba, a w szczególności tłuszcz, mięso i kości. Uzyskiwany z tłuszczu tran wielorybi znajdował szerokie zastosowanie i stanowił nieodłączny element posiłków Makahów. Handel nim przynosił Indianom duże zyski. Dzięki nim kwitła ich materialna kultura.
Nazajutrz o świcie Tahola szedł wzdłuż gęstego cedrowego lasu rosnącego niedaleko od osady, gdy nagle dostrzegł na jego skraju kobietę. Była ubrana w jednoczęściową suknię utkaną z cedrowego włókna, a w długie rozpuszczone włosy miała powtykane pióra różnych ptaków. Niektóre z nich były specjalnie przycięte lub ufarbowane. Kobieta miała na imię Biheda i była Szamanką Makahów . Tahola pozdrowił Bihedę i rzekł:-
Cieszę się, że Cię widzę Bihedo i mam do Ciebie prośbę.
Szamanka odpowiedziała:-
Witaj Tahola. Usiądźmy na tym starym pniu.
Tahola i Biheda usiedli na wielkim, starym cedrowym pniu. Wtedy Szamanka powiedziała:-
Zamieniam się w słuch.
Tahola rozpoczął swoją historię:-
Wczoraj, kiedy polowałem na wieloryby wraz z ośmioma myśliwymi z wody tuż przed nami wyskoczył wielki wieloryb. Fala wywróciła moją łódź i ja z ludźmi znaleźliśmy się w wodzie spory kawałek od łodzi. Byliśmy w niebezpieczeństwie, bo w okolicy było sporo rekinów, które zaczęły płynąć w naszą stronę.. Wtedy nagle pojawiły się orki zupełnie jak jakieś duchy. Przepłynęły kilka razy między nami a rekinami i dzięki temu rekiny zawróciły. Potem, kiedy byłem już w łodzi i obejrzałem się za siebie, orki rozpłynęły się jak mgła. Nigdzie nie było ich widać.
Behida uśmiechnęła się i powiedziała:-
Tahola, spójrz na talizman, który nosisz na szyi. To głowa wilka symbol Twojego klanu …
Tahola ujął w dłoń błyszczącą, czarną głowę wilka, którą przed laty wyrzeźbił z kawałka łupka6 i podarował mu z okazji swoich zaślubin jego przyjaciel Haatse. Biheda rzekła:-
Opowiem Ci historię, którą w osadzie znam tylko ja. Jak wiesz, moi rodzice pochodzili z plemienia Tsimshian7, które meszka daleko stąd na północy. Urodzili się w klanie Gispudwada – Klanie Orki …Otóż dawno, dawno temu w lasach na północy mieszkał biały wilk i był jedynym wilkiem na całym świecie. Wilk był bardzo samotny. Pewnego dnia biały wilk miał sen. W swojej wizji zobaczył, że ma zejść pod wodę oceanu i śpiewać tam o historii świata. Wilk postanowił, że tak zrobi. Wtedy Bogini Noo Halidzoks bardzo się wzruszyła i kiedy wilk zagłębił się w morską toń zamieniła go w lśniącego czarnego walenia. Aby przypomnieć mu, że na ziemi był wilkiem, Noo Halidzoks namalowała waleniowi na bokach białe plamy. Wtedy wilk, który stał się orką popłynął w głąb oceanu, aby śpiewać swoją pieśń. Widzisz Tahola, wilk i orka należą do tej samej rodziny …
Tahola, który przez cały czas z wielką uwagą słuchał opowieści Bihedy, teraz uśmiechnął się do Szamanki Makahów i rzekł:-
Teraz rozumiem. Wszystko pojąłem i bardzo dziękuję Ci za Twoją opowieść.
Biheda odparła:-
Cieszę się, że mogłam Ci pomóc zrozumieć. Do zobaczenia. Muszę dokończyć zbieranie ziół na napar, który zamierzam wkrótce przyrządzić.
Tahola uśmiechnął się i skłonił głowę z szacunkiem. Miał jeszcze zapytać o niezwykłe zachowanie potężnego humbaka, ale trzeba było odłożyć to pytanie na następne spotkanie z Bihedą, na którego myśl już się cieszył. Tahola skierował swoje kroki z powrotem do osady. Zamierzał kogoś odwiedzić …
KONIEC