Balkon w Istambule
Jest wczesne popołudnie, dosyć pochmurne jak na gorące tureckie lato. Siedzę na wąskim balkonie Paris Hotel, na najwyższym piętrze, blisko najpiękniejszej części Istambułu. Parę kroków stąd stoją najbardziej okazałe meczety muzułmańskie i zapełnione turystami miejsca.
Ale ja widzę tylko kominy i dachy stojących dookoła nędznych budynków mieszkalnych, tanich hoteli i odrapanych zakładów pracy. Hotel stoi w dzielnicy portowej, pracowniczej, można powiedzieć - „na tyłach” Istambułu. Pokój jest tak mały, że mieści się w nim jedynie łóżko, a balkon tak wąski, że już dwóm osobom jest na nim ciasno.
W budynku naprzeciwko widzę pracujących mężczyzn, domyślam się, że to jeden z wielu małych zakładów pracy, być może produkcja słynnych tureckich dywanów. Turcy, kiedy mnie zauważają, zaczynają śmiać się i machać. Zagadują, łamanym angielskim pytają o imię. Chwilę z nimi rozmawiam, by za moment oderwać się od nich i od całej dzielnicy.
Dokładnie za budynkami widzę zatokę, port, a jak się przyjrzę – nawet most i drugą, azjatycką stronę miasta. Siedząc na tym balkonie, na najwyższym piętrze małego, istambulskiego hoteliku, próbując poczuć zapach morza, przesiąkam tym niezwykle różnorodnym miastem, jego gorącem, bogactwem i nędzą. Chłonę chaos ulic i zapach słodkiej herbaty. Obserwuję mężczyzn harujących w fabryczce, dla których jestem chwilową rozrywką, kobiety zakryte chustami, a jednak swoją tajemniczością przykuwające wzrok, drobnych sprzedawców handlujących wszystkim, czym się da (od rosyjskich papierosów po religijne symbole), żebraków i turystów.
A ponad tą niesamowicie kolorową codziennością, zagłuszając moje myśli, rozbrzmiewa donośny głos. Wzywa przez megafon do modlitwy.
Oddycham pełną piersią.
Wrzesień, 2004
***
Dziesięć dni i nocy
Rozłożyliśmy koc na piasku, tuż przy gigantycznym ognisku. Żeby je zrobić musieliśmy przyciągnąć tu kilkadziesiąt wielkich, drewnianych bali. Mieliśmy ich pod dostatkiem, na szerokiej plaży leżały całe sterty drewna przyniesionego przez Pacyfik.
Leżeliśmy obok siebie w ciszy, chyba nie chcieliśmy psuć tej chwili. Patrzyliśmy na najbardziej gwiaździste niebo, jakie można sobie wyobrazić. Wędrowaliśmy palcami po tym niebie jak po mapie, liczyliśmy spadające gwiazdy i za każdym razem, gdy palce zatrzymywały się na drodze mlecznej, przystawaliśmy z wrażenia.
Noc była zimna, mimo że był środek lata, przytulaliśmy się do siebie, żeby się ogrzać. W chłodnym powietrzu czuć było morską bryzę i zapach lasu deszczowego. Wsłuchiwaliśmy się w odgłos fal. Oprócz nich i naszych głosów ciszę przerywały czasem jakieś szelesty w lesie.
Po tygodniu na bezludnej wyspie byliśmy już do nich przyzwyczajeni. Pierwszej nocy nie mogliśmy zasnąć, ale teraz byliśmy spokojni. Wiedzieliśmy, że zwierzęta do nas nie podejdą, czuliśmy się bezpiecznie.
To niezwykłe – czuć się bezpiecznie na bezludnej wyspie. A rzeczywiście, nie licząc zwierząt, byliśmy na tej małej wysepce na Oceanie Spokojnym zupełnie sami. Za dwa dni miał po nas wrócić rybak, który nas tu zabrał swoją łódką i zostawił na dziesięć dni i nocy.
Gdy go przypadkiem poznaliśmy w Tofino – jednym z najbardziej obleganych kurortów na kanadyjskiej Vancouver Island, oznajmił nam, że zabiera turystów na małe, położone niedaleko (pół godziny drogi łodzią), niezaludnione wyspy. Wydało nam się to szalone, nieprawdopodobne i niebezpieczne. Dopiero po dwóch godzinach bezskutecznego poszukiwania noclegu w tym zapełnionym turystami miasteczku, zaczęliśmy przekonywać się do pomysłu spędzenia kilku dni w dziczy, tylko z naturą i ze sobą nawzajem.
- Zadomowiliśmy się na naszej samotnej wysepce, prawda? – szepnęłam rozmarzona, wspominając nasz niepokoj, gdy wysiedliśmy z łódki, by zamieszkać w tym dziewiczym zakątku. Mruknąłeś cicho.
Przed oczami spadła nam kolejna gwiazda, już zresztą straciłam rachubę w ich liczeniu.
Lipiec, 2005