onet.pl PATRONAT
Listy w skrzynce
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Listy

Powrót
Majowska skrzynka pocztowa (84)

Nazwy skrzynek pocztowych nie mają związku z tematem listów :) Nadaję im egzotyczne nazwy, bo to fajniejsze niż przydzielenie im kolejnych numerów. W gruncie rzeczy jednak  chodzi tylko o to, żeby je odróznić od siebie nawzajem.

Nowe listy proszę słać na adres beata@beatapawlikowska.com albo beata@oliwkowo.pl
Odpowiedzi szukajcie poniżej.  

Dzień dobry
Piszę ten mail bo bardzo ciekawi nie to jak podróżowanie staje się pracą, która umożliwia dalsze podróżowanie. Taki sposób na życie i pracę marzy się bardzo wielu ludziom. No tak ale przecież na to potrzeba pieniędzy. Ja sam trochę podróżowałem ale to zawsze przecież wiązało się z wydatkami .

Na studiach zaraz po pierwszym roku jeśli jechałem autostopem przez cała Europę żyliśmy na ulicach spaliśmy pod gołym niebem .W wielkich miastach trzeba było się namęczyć żeby znaleźć bezpieczne miejsce (np. w Barcelonie wkradaliśmy się na teren szpitala poprzez budowę i spaliśmy pod tak zwaną trupiarnią - tam nie chodził) , graliśmy na ulicach na gitarach i czym się dało za parę groszy, żywiliśmy się w przytułkach. (u Sióstr Matki Teresy z Kalkuty) czasem okradaliśmy hipermarket (myślę że bez wielkiego uchybku dla kogokolwiek ,że się czekoladę w spodnich wyniosło) .Nie piszę tu tego ,żeby o tym opowiadać tylko ,żeby ukazać o co mi chodzi.

Poznałem wielu ludzi robiących podobnie ,zresztą chyba pani to zna .Myślę że na swojej drodze nie raz pani spotkała takich cygańskich turystów.
W innych moich podróżach udawało się zdobyć pracę i tak trzeba było pracować cały rok na budowie w Nowym Jorku , żeby ruszyć na wyprawę po Stanach .
Mam znajomych, którzy zasuwają cały rok żeby wybrać się na wyprawę do Indii albo Południowej Ameryki .Oczywiście mieszkając w Polsce nie mieli by nawet takich możliwości.

Poza tym jeśli się jedzie gdzieś na 2 miesiące to można zapomnieć o kontynuowaniu pracy po powrocie.

I tak doszedłem tu do sedna tego maila. Na pani stronie nie ma nic o pani biografii i jak to wszystko się zaczęło. Co pani robiła aby żyć tak jak pani żyje, jakie były początki , jak to się stało, że zaczęła pani podróżować czy początki były trudne czy pierwsze duże podróże były na własną rękę czy już wtedy pomagały pani jakieś organizacje czy było trudno do nich dotrzeć.
Wiem, że cały wydźwięk tego maila może wydawać się pani bardzo nie taktowny bo główny jego wydźwięk jest taki - skąd brała pani środki na podróże na początku drogi - e właśnie o to ja się pytam.
Mam nadzieję , że znajdzie pani kiedyś chwilkę żeby mi odpowiedzieć.

Z poważaniem
Marek


Panie Marku, to nie jest tajemnica, bo napisałam o tym w książce "W dżungli życia". Ja też nie miałam bogatych krewnych i nie szukałam sponsorów. Przez kilka miesięcy ciężko pracowałam, chwytając się różnych możliwości zarobienia - prowadziłam audycje w radiu, tłumaczyłam komiksy z angielskiego na polski, dawałam lekcje angielskiego, tłumaczyłam listy dialogowe do filmów.

grosz odkładałam. Odmawiałam sobie pomidora do kanapki, nie kupowałam nowych ubrań, oszczędzałam na wszystkim - po to, żeby po siedmiu, ośmiu miesiącach zgromadzić kwotę, za którą mogłam kupić bilet lotniczy. Potem przez następnych kilka miesięcy odkładałam każdy grosz, żeby mieć na najtańsze hotele i najtańsze autobusy, ktorymi zwiedzałam Amerykę Południową. Kiedy uzbierałam potrzebną kwotę, wyjeżdżałam na trzy albo cztery miesiące. Nikt nie wiedział o tym, że podróżuję. Wracałam do Polski bez grosza i zaczynałam od początku, znów oszczędzając każdy grosz. Robiłam to tylko dla siebie, bo była to moja ogromna pasja.

Po ośmiu latach i po ośmiu takich długich wyprawach do Ameryki Południowej pomyślałam, że właściwie widziałam tak dużo niezwykłych rzeczy i przeżyłam tyle niezwykłych przygód, że chciałabym o tym komus opowiedzieć. Zaczęłam pisac reportaże do gazet i napisałam pierwszą książkę. Potem napisałam drugą książkę. I wtedy się okazało, że ktoś chce te książki czytać, a podróżowanie, opowiadanie o tym i pisanie książek stało się moją pracą. Tak to było :)

Dzień dobry!
Myślę, że pisanie, jak bardzo Panią podziwiam oraz do jakiego stopnia ubóstwiam Pani książki byłoby zbędne - sam fakt, że akurat do Pani
zwracam się ze swoimi troskami wystarczająco o tym świadczy. Chciałabym prosić Panią o radę, ponieważ nawet usilnie próbując Panią naśladować
nie potrafię znaleźć wyjścia z pewnej sytuacji, niezwykle dla mnie ważnej i wyjątkowo kłopotliwej.

Mój tata (mam prawie 15 lat) od zawsze interesował się motocyklami. Było to jednak zainteresowanie prawdziwe - potrafił godzinami przesiadywać w
garażu i "dłubać" coś przy starym motorze. Wtedy wszystko było w porządku, a jego hobby stanowiło miłe urozmaicenie codzienności. W tamtym czasie byłam jeszcze jedynaczką, mama nie prowadziła swojej firmy, a tata nie był całkowicie pochłonięty pracą. Wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni pewnego dnia, kiedy tata kupił sobie nowy motor zapieniądze, które były przeznaczone na remont domu. Obwieścił mojej mamie podjętą wcześniej przez siebie decyzję i nie było już dyskusji. Przedłożył swoje
zainteresowanie, chorobliwe zainteresowanie, nad nas, rodzinę. Wolał kolegów. Może to kryzys wieku średniego? Nie wiem, grunt, że coraz bardziej sie od nas odwracał. Kochał swoją firmę, kolegów i motocykle.

Czułyśmy się opuszczone. kiedyś nawet, kiedy moja mama spytała się go, co by zrobił, gdyby dała mu ultimatum: albo sprzedaje motor, albo ona
odchodzi, powiedział, że wybrałby motor. Bolesne.

Teraz jest jeszcze gorzej, bo... wciągnął mnie w to swoje hobby. Coraz bardziej podobają mi się motocykle. Chcę jeździć na zloty, na jednym
byłam w zeszłym roku i było wspaniale. Jednak nie chcę zranić mamy. Ona nie toleruje motocykli, bo zniszczyły jej małżeństwo. Nie lubi tez kolegów taty (w przeciwieństwie do mnie, choć ja dość mało ich znam, a mam od dziecka). Z jednej strony jestem na tatę wściekła, a z drugiej lubię to robić. Gdy jade motocyklem, czuję ten wiatr, słodki zapach spalin... czuję się wolna jak ptak.

Nie wiem, co mam robić. CO myśleć? Co??? Na dodatek mój tata jest niezwykle infantylny i jeszcze powoduje konflikty - pali papierosy (wiem, czytałam o paleniu w "W dżungli miłości", ale nie umiem się nie przejmować)wciąż ogląda telewizję... czuję się odrzucona. A najbardziej boli mnie to, że mój dwuletki (niespełna) braciszek nie będzie miał tak wspaniałego dzieciństwa jak ja - z powodu braku tata. Taty, który przedkłada mecz nad zabawę z nim. I który sam wznieca konflikty w domu.

Prosze Pani, zapewne wie Pani, jak wielkim szacunkiem Panią darzę. Chciałabym pozyskać choć połowę Pani mądrości życiowej, odwagi
cywilnej...
Jednak najbardziej prosze o radę. Pozdrawiam i zycze dalszych sukcesów w każdej dziedzinie życia,
Iza


Izo,
pewnie Ci się wydaje, że to jest bardzo skomplikowana sytuacja, a Ty nie dasz rady jej rozwiązać. I słusznie. Bo to w ogóle nie powinna być Twoja sprawa. To jak Twoi rodzice układają sobie życie to jest ich problem i ich odpowiedzialnośc, a nie Twoja. Nie próbuj naprawiać życia swoich rozdziców, bo po pierwsze - oni są dorośli i sam powinni o swoje życie dbać, a po drugie - zajmując się ich problemami, zaniedbasz wlasne i zostaniesz w końcu z pustką w głowie.

Dorośli czasami są niemądrzy i nie potrafią rozwiązywać swoich problemów. To jednak nie znaczy, że Twoim zadaniem jest rozwiązywanie ich za nich. Myśl raczej o sobie, o swojej przyszłości.

Nie ma nic złego w Twoim zainteresowaniu motocyklami, ale dziwne wydaje mi się to, że odczuwasz z tego powodu wyrzuty sumienia. To mogłoby oznaczać, że tak naprawdę motocykle są dla Ciebie tylko sposobem zbliżenia się do Twojego taty, a nie Twoją wlasną pasją. Jesli pytasz mnie o rade, to dam Ci dwie:

1. spróbuj zapomnieć na chwilę o rodzicach i zapytać siebie samej kim jesteś. Czego pragniesz w zyciu? O czym marzysz? Tylko dla siebie, nie dla rodziców, nie dla rodziny, nie dla domu.

2. pojdź do poradni psychologicznej i porozmawiaj z psychologiem - powiedz psychologowi, że w Twojej rodzinie nie dzieje się dobrze i że się tym martwisz.

Problem motocykla stał się jakby najwazniejszy w Twoim zyciu, a przecież jest mnóstwo innych rzeczy i spraw, którymi powinnaś się zajmować. Gdzie pójdziesz dalej do szkoły? Kim będziesz? Dlaczego nie spotykasz się z koleżankami? Czy nie masz wrażenia, że Twoje własne życie nie istnieje?... O tym własnie warto porozmawiać z psychologiem. Nie wstydź się i nie bój się takiej wizyty. Jeśli trafisz na dobrego terapeutę, to nagle odkryjesz, że życie jest prostsze niż myślałaś :))

Droga Pani Beato,
 
Jestem pani wdzięczna za obie książki "W dżungli życia" i "W dżungli miłosci". Są to moje ulubione książki, które odczytały mnie na wylot. Tak jasno pani pisze o życiu i jak sobie z nim radzić mimo, że nie jest pani psychologiem (a może już pani nim jest). Wszystko jest tak czytelne, że zaraz namówiłam moją córkę 17-to letnią aby przeczytała pani książki.
Pani Beato, jestem wszystkim co pani napisała w książce: jestem leniwcem, wychodowałam w sobie nie autodestrukcyjnego potwora ale monstrum, Mam bardzo niskie poczucie własnej wartości, wciąż myśle o tym co mi sie nie udało, nie widzę dobrej przyszłosci przed sobą.........

Mam 39 lat kochającą rodzinę, mąż, dwie dziewczynki, mieszkamy w małym miasteczku. Jestem na rozdrożu... chodzi o mnie samą o pracę zawodową
Skończyłam technikum, wymarzyłam sobie,że chciałabym być fryzjerką. Poszłam na kurs, który nie wiele mnie nauczył wiec żeby się poduczyć poszłam na staż do pracy w salonie i przez pół roku pracowałam za darmo, potem kolejne pół roku pracowałam za 300 zł (choc dojazdy do miasta mi się zwracały). Było dobrze, udało mi sie dostać do lepszego salonu, pensja byla godziwa (1000zł), dawałam z siebie wszystko, chodziłam na wszystkie szkolenia i pracowałam jak najlepiej potrafiłam. Cztery lata mineły spółka się rozpadła, przyszła nowa włascicielka, która dała nam gorsze warunki pracy, no i trzeba było szukac coś innego.

Ogłoszeń dla fryzjerek wiele, zaczełam roznosic swoje cv i zauważyłam, że moje cv nie jest już atrakcyjne ze wzgledu na wiek, ale udało się i dostałam szansę na pracę w salonie prawie w centrum miasta, ucieszyłam się ale to była przedwczesna radość, jak zobaczyłam, że pracodawca nie chce dać umowy o pracę, oszukuje się klientki mówiąc,że pracuje się na doskonałych farbach, a robi się klientce farbę za 10 zł gdy ona płaci 250 zł, pracownice myją jednorazowe pelerynki i rekawiczki żeby byly dla nastepnej klienki to podziekowałam. Dobra myslę sobie nie załamuj się nie  jeden salon w mieście.

Znalazłam inne miejsce i wszystko znów było dobrze, nie krzywdziłam sobie ze mam zły dojazd czasem zajmował mi 2 godz, bez żadnej soboty wolnej, w niedziele także (salon w hipermarkecie), czasem do póżnych godzin, ale ok nie ma cudownej pracy gdzie jest wszysto świetnie. Mineło parę tygodni i dowiedziałam się, że w pracy się kradnie ( nie wpłaca się pieniedzy do kasy) i to dużo i ja mam robic to samo, bo inaczej je podkopuje ( ja nabijając każdego klienta wykazuję, że pracuje wiecej a one, które są tu już 5 lat nie mają klientow). No i odeszłam, pani menager, nie chciała mnie puścić, bo nie powiedziałam powodu, mimo że dokuczały mi z tego powodu, wyśmiewały się ze mnie, że tak się wszędzie robi... 

No i załamałam się, nie mam pracy , nie chce być juz fryzjerką mam dość tego środowiska, pracy dla mnie nie ma, przez ten czas robie prawo jazdy, które też mi nie idzie. Nie marzę, nie wyznaczam sobie celi, ryczę, ryczę...

Może chciałabym pracować gdzies w biurze. kończą sie pieniądze ( z jednej pensji damy sobie radę ale będzie ciężko) Będę musiała szukać i podjąć pracę fryzjerki.
Jestem zmęczona.
Przepraszam pani Beato, czy mi ulżyło? Może lepiej żeby pani nie czytała tego listu.
I tak będe kochać pani książki.
Alina


Pani Alino,

Niech Pani spojrzy na to inaczej: uczciwość to fantastyczna cecha. To super, że jest Pani uczciwym człowiekiem, bo bycie uczciwym to czynienie dobra, które szybko do człowieka wraca.

Nie wszystkie fryzjerki kradną i nie wszyscy właściciele salonów to dranie. Jak się Pani zastanowi, to na pewno przyzna mi rację. Nie ma więc sensu się załamywać tym, że akurat źle Pani trafiła. Pytanie, które należy sobie postawić brzmi: CZEGO JA CHCĘ? Czy chce Pani dalej pracować jako fryzjerka? Może nawet gdyby znalazła Pani uczciwy salon, to wcale nie chciałaby Pani tego robić?

Więc jeśli nie to, co co innego mogłaby robić w życiu? Może wystarczy zrobić nowy kurs i nauczyć się czegoś innego? Czegoś, co naprawdę Panią kręci. To jest możliwe, prawda?

Niech Pani spojrzy na wszystkie możliwości, jakie Pani ma – zdrowa, młoda, ma Pani wszystkie ręce i nogi, fajną rodzinę, i jeszcze w dodatku jest Pani uczciwym człowiekiem, co jest wielką zaletą i na pewno zostanie docenione.

Na niskie poczucie własnej wartości jest też wiele sposobów, najważniejsze to chcieć :) I spróbować coś w sobie zmienić. Może powinna Pani znaleźć takie miejsce, gdzie spotykałaby Pani fajnych ludzi? Może zapisać się na kurs tanga? Albo kurs robienia koronek? Coś takiego, co pozwoli Pani uwolnić swoją duszę i zaznać spokoju i radości?

A przede wszystkim – nie załamywać się :) Świat jest dobry, trzeba tylko odnaleźć jego dobre strony :)

Witam serdecznie Pani Beatko  
Wlasnie skonczylam czytac Pani wspaniala ksiazke "W dzungli milosci".Nie bede pewnie oryginalna piszac,ze jest Pani swietna kobieta i pisarka oraz urodzonym psychologiem. Cholera czuje sie jak przegrany "leniwiec" i dlatego postanowilam napisac do Pani kilka slow w nadziei,ze poczuje sie lepiej,kiedy wreszcie wyrzuce z siebie,to co od tak dawna mnie dreczy.(przepraszam,ze nie uzywam polskich znakow,ale mam nie polska klawiature)

Mam na imie Anka,nie jestem juz pierwszej mlodosci,ale 34 wiosny to znow nie tak bardzo duzo :)nie wiem tylko czemu czuje sie jak stara,niepotrzebna nikomu kobieta. Zaczelo sie to wszystko,kiedy w 2004 roku zdiagnozowano u mnie chorobe - bylam wtedy zagranica, gdzie razem z moim przyjacielem stworzylismy sobie swietne warunki do zycia i pracy. Niestety
po jakims czasie,a dokladnie po 2 latach,od zachorowania stwierdzilismy ze juz mamy calkiem niezla sumke zaoszczedzona i po namowach naszych znajomych postanowilismy wyjechac do Anglii,zeby tam moc pracowac legalnie i byc ubezpieczonym.

Niedawno zmarl nagle tata mojego partnera-jego najlepszy przyjaciel i doradca.Kilka miesiecy po jego smierci wlasnie wyjechalismy do UK.Nie moglismy sie kompletnie zaaklimatyzowac w nowym miejscu,do tego wszystkiego u mojego partnera uaktywnila sie depresja dwubiegunowa.I tak rozpoczelo sie pasmo naszych niepowodzen.Duzo bym mogla pisac o wszyskich naszych perturbacjach,jednym zdaniem moge napisac tylko,ze w ciagu 2 lat wracalismy 2 razy zagranice,dwa razy do Polski,po czym znow jestesmy w Anglii.Ciagle odejmujemy jakies zwariowane decyzje,kompletnie nieprzemyslane.Moj partner przez te swoje zaburzenia myslowe i okresy manii stracil wszystkie nasze oszczednosci oraz wszystkie pieniadze,ktore odziedziczyl po swoim zmarlym tacie.Jestesmy teraz w sytuacji mam wrazenie bez wyjscia,nie mozemy znalezc pracy,bo kryzys szczegolnie dotknal Wyspy,nie mamy pieniedzy nawet na to zeby wrocic do Polski.Straszny kanal...Powtarzam sobie ,ze co mnie nie zabije to mnie wzmocni,ale naprawde nie mam juz sily dalej stawiac czola tym wszystkim niepowodzeniom.

Pochodze z rodziny,gdzie krolowal alkohol wiec bardzo wczesnie musialam sie usamodzielnic.Zawsze troszczylam sie o wszystkich ,tylko nie o siebie i tak naprawde nie mialam dziecinstwa. Najgorsze jest to,ze nadal mysle o calym swiecie,a sama nie potrafie sie wyciszyc,cholera!!!!!jak to zmienic Pani Beato????Znam te wszystkie porady i doskonale je rozumiem tylko za nic w swiecie nie potrafie wprowadzic ich w moje wlasne zycie.

Teraz wiem,jak bardzo sie skrzywdzilam konczac tylko liceum i nie zdobywajac zadnego zawodu,teraz jestem nikim.Przez to ,ze chcialam ukolorowac moj rodzinny dom,szykowac obiadki ,wigilie dla pijanych rodzicow,zajmowac sie mlodsza siostra, placic zalegle rachunki, przez to wszystko stracilam ambicje,kompletnie sie wypalilam i wydaje mi sie ,ze juz nic w zyciu nie osiagne,ze jestem nic nie warta,ze smieja sie za moimi plecami.To jakies wariactwo...

Nigdy nie czulam sie taka bezsilna,taka nieporadna jak teraz.Zawsze mialam prace,zawsze musialam zarabiac sama na siebie.Przez to,ze nauczylam moich najblizszych,ze wspomagam ich finansowo raczej nigdy nie "trzymaly" sie mnie pieniadze.W chwili kiedy wyjechalismy pierwszy raz zagranice, zaczelismy zarabiac calkiem niezle pieniadze stwierdzilam ,ze
nie zalujac sobie praktycznie na nic moglismy odlozyc spora sumke co miesiac-to dzieki mojemu partnerowi,ktory zawsze uwazal ze nalezy miec gdzies z boczku jakas sumke odlozona. Tak bardzo mu ufalam,ze nawet nie roztrzasalam tego w jaki sposob i na co wydaje nasze pieniadze.Nie zdawalam sobie poprostu chyba sprawy,ze dwubiegunowa depresja moze tak namieszac w jego glowie.

Bedac we Francji zalatwianie pracy i wszelkich formalnosci bylo na mojej glowie(poniewaz znam jezyk francuski)i bylam juz troche zmeczona byciem ciagle na obrotach (napewno przyczynila sie do tego moja choroba)wiec jak moj mily zaproponowal mi zebym zajela sie wreszcie swoim zdrowiem,podczas kiedy on bedzie pomnazal nasze ciezko zarobione pieniadze,nie ukrywam ze bardzo sie ucieszylam. Ale teraz juz wiem,ze nie mozna byc tak lekkomyslnym,ze zawsze trzeba trzymac palec na pulsie.

To cale wariactwo ciagnie sie juz ponad 2 lata i nie umiem znalezc zlotego srodka,zeby odwrocic los,zeby znow bylo dobrze.Czy wierzy Pani,Pani Beatko w zly urok?Moze ktos nam pozazdroscil?Ale czy aby nie szukamusprawiedliwienia na swoja nieporadnosc?Nie wiem juz zupelnie co mam robic,zeby zaczac w miare normalnie zyc.........

Jestem w ciaglym stresie,moj partner jest teraz do tego wszystkiego w fazie depresji,wiec dodatkowo sie martwie,ze z nim nie jest dobrze,a z drugiej strony boje sie co bedzie jak znow wpadnie w faze manii???na szczescie pieniedzy juz nie mamy wiec nie ma co wydawac i roztrwaniac  

Oj rozpisalam sie,nie bede juz wiecej zanudzac,nawet jak Pani tego nie przeczyta to i tak juz chyba jest mi lepiej,ze wreszcie to z siebie wyrzucilam..... Sorko wielkie,ze moze to wszystko tak chaotycznie napisalam   Pozdrawiam cieplutko i jeszcze raz dzieki wielkie za wspaniala lekture,Wpadla mi w rece akurat wtedy,kiedy bylo mi bardzo zle i naprawde
uspokoila moje rozbiegane mysli. 

 Anka


Anko, spróbuj pomału i po kolei. Kiedy człowiek staje przed wielkim bałaganem we własnym zyciu, zwykle ma tylko wrażenie, że to wszystko go przerasta i że nie ma takiej siły, żeby to przezwyciężyć i uporządkować.

Jeśli pytasz mnie o zdanie i o radę, to mówię od razu:

Jesteś DDA, czyli Dorosłym Dzieckiem Alkoholików i z tego wypływa masa konsekwencji. Przeczytałaś moją książkę, więc wiesz. Wiesz też, że to nie jest wyrok i że można wyjść z tego stanu i nauczyć się cieszyć życiem.

DDA to osoba, która boi się własnych marzeń, nie panuje nad swoimi emocjami i poświęca wszystkie siły na ratowanie innych ludzi dookoła, siebie skazując na destrukcyjną rozpacz, samotność i smutek.

Pierwsza rzecz, którą należy zrobić, to rozpoczęcie terapii, czyli znalezienie mityngów DDA, spotkanie się z terapeutą i rozpoczęcie terapii. Od razu dodam, że każdy DDA odpowiada w takiej sytuacji, że terapia nie jest mu potrzebna, i wraca do bałaganu w swoim życiu, nie mogąc zrozumieć dlaczego ciągle spotykają go takie przykrości. Odłóż więc na chwilę racjonalizowanie swojego stanu i poszukaj terapii.

Nieważne czego zaniedbałaś w przeszłości i nieważne ile popełniłaś błędów. Ważne jest to, żeby zacząć żyć inaczej. Nie ma takiej opcji, żeby czuć się w życiu „niepotrzebną i starą kobietą”. Masz jeszcze mnóstwo czasu przed sobą i czas nauczyć się dbać o swoje życie, spełniać swoje marzenia i robić to, co przyniesie Ci głęboką radość i szczęście.

Pewnie nie spodoba Ci się moja rada, ale jeżeli naprawdę chcesz poprawić swoje życie i zainwestować we własną przyszłość, spróbuj z niej skorzystać.

Nie ma łatwiejszej drogi, która byłaby równie skuteczna.

Serdecznie Cię pozdrawiam i trzymam kciuki.
Powrót