53b
Wtorek, 15 kwietnia 2003 r.
Poranek w miasteczku nad Amazonką. Na środku placu stoi mała półokrągła sorveteria, czyli lodziarnia. Jest 7.30 rano. Ktoś wlewa do maszyny do lodów mleko z wiadra. Powietrze pachnie słodko.
Natychmiast przypomina mi się cukiernia Pogódka, do której chodziłam w szkole podstawowej. Mieściła się w wąskim budynku na piętrze. Wchodziło się po schodach z ulicy. Na wystawie wisiał szyld "Cukiernia Pogódka" (przez "u"zamknięte), a w środku...
Po lewej stronie stała szklana szafa z półkami, na których rzędami leżały eklerki z kremem polane czekoladą, karpatki, pączki, makowce, serniki, szarlotki i inne ciastka. Pamiętam kremówki, które rozpływały się w ustach.
Pamiętam też okrągłe ptysie z bitą śmietaną, które zawsze były mokre od spodu. I pamiętam łabędzie z ptysiowego ciasta przekładane bitą śmietaną, które miały smukłe, lekko zgięte szyje (kiedy się złamała szyja łabędzia, można ją było skleić kremem).
I była też lada z lodami, które nakładano specjalną łyżką kulkami do wafli.
I w cukierni Pogódka zawsze pachniało tak słodko, mlecznie, waniliowo, śmietankowo, owocowo... Tak samo jak tego ranka w miasteczku Oriximina.
e68