60e
Piątek, 11 kwietnia 2003 r.
W nocy leżałam w hamaku na statku i pomyślałam, że mogłabym tak leżeć przez następny miesiąc. Płynąc przed siebie statkiem po Amazonce.
To jest jak kino do góry nogami. W kinie człowiek siedzi w fotelu, a przed nim na ekranie przesuwają się obrazki.
A tutaj ja wędruję w ruchomym fotelu przez stojący w miejscu film - zatrzymany i rozwinięty na wiele kilometrów. I ja płynę wzdłuż tego filmu i oglądam go z bliska klatka po klatce: tu mała chata z drewna i czółno zacumowane przy pomoście, mijam drzewo śliwkowe, którego owoce jedzą ryby.
Te amazońskie śliwki są zielone i podłużne, niejadalne dla ludzi, ale ulubione przez największą rybę słodkowodną świata - pirarucu - która dorasta do 2.5 (dwóch i pół) metra długości.
Następne mikroosiedle zrobione z desek i gałęzi. Tuż obok statku w czółnie płyną dwaj chłopcy. Jeden trzyma długą laskę trzciny cukrowej, a drugi macha wiosłem pomalowanym na czerwono. Ich czółno to zwykła indiańska dłubanka zrobiona z pnia drzewa.
Po pokładzie biega kilkuletnia dziewczynka z czarnymi lokami, ubrana na zielono i stukajacą o metalowy pokład drewnianymi klapkami. Wydaje mi się
nawet, że nie biega bo się śpieszy, ale po to, żeby usłyszeć stukanie swoich butów. Dobranoc.
fe9