cff
Surinam. Piątek, 28 lutego 2003 r.
Przychodziłam tutaj codziennie - do wielkiej hali, gdzie stoi z dziesięć pięknych komputerków, a na bramie wisi dumne hasło: Internet - Walk in.
Wchodzę więc, zachęcona, a tam w środku siedzi pani pochodzenia hinduskiego, uśmiecha się i mówi: `No connection`.
- Tomorrow? - pytam z nadzieją.
- Yes, yes, tomorrow!
Przychodzę więc tomorrow, do tej wielkiej pięknej hali pełnej komputerków gotowych współpracować ze mną aż do bladego świtu, przy biurku siedzi ta sama pani o czarnych włosach i czarnych oczach i mówi:
- No, no connection!
- Tomorrow? - domyślam się.
- Yes, yes, tomorrow.
I tak tomorrow stało się today czyli jutro stało się dzisiaj i jestem przy komputerze i pisze do Was!
Czy chcielibyście, żeby na świecie były dwie Polski? Jedna tam gdzie jest, w Europie między Rosją a Niemcami, w umiarkowanie chłodnym klimacie. A druga podobnej wielkości leżąca gdzieś na pograniczu między Brazylią a Wenezuelą.
Ludzie tam też mówiliby po polsku, Brazylijczycy po polsku, Indianie mówiliby po polsku, bo polski byłby obowiązującym oficjalnie językiem. Nazwy ulic byłyby polskie, nazwiska ludzi byłyby polskie, tyle że ta Polska nazywałaby się Polandia i leżałaby w strefie tropikalnej.
Czy chcielibyście mieć dwie Polski do wyboru?
Nie byłoby wtedy jednej `Ojczyzny`, Polska nie mogłaby się kojarzyć jednoznacznie z zimowym kuligiem, wierzbami nad stawem, polami pszenicy, polskim pachnącym chlebem...
Gdyby ktoś pytał: - Skąd jesteś?
Mówilibyśmy: - Z Polski.
- A z której?
Już nie byłoby tak, że jesteśmy z racji urodzenia przypisani do jednego miejsca na świecie, moglibyśmy zawsze w życiu mieć wybór - w której Polsce zamieszkamy. W Polsce europejskiej czy w Polsce amerykańskiej.
Nie pytam teoretycznie. Wczoraj w barze spotkałam Holendra, który wyjechał z Holandii rok temu i osiedlił się tutaj, w Surinamie - czyli dawnej kolonii holenderskiej, gdzie mówi się po holendersku, gdzie ulice nazywają się `straat`, gdzie ludzie mają holenderskie nazwiska.
Dlaczego wyjechał?
- Bo już nie mogłem znieść tego, co się dzieje w Holandii - odpowiedział. - Tam wszystko jest ujęte w przepisy, na wszystko są regulaminy i zasady, a każda zasada ma jeszcze dziesięć dodatkowych przepisów, których trzeba się trzymać. A jeszcze w dodatku kiedy człowiek ma ileś tam lat, państwo każe mu kupić dom. Żeby kupić dom, człowiek musi wziąć kredyt. Przez następne 30 lat spłaca ten kredyt. W końcu dom staje się jego własnością. Wtedy przychodzi Urząd Skarbowy i mówi: `O, ty jesteś bardzo bogaty! Masz własny dom! Musisz płacić większe podatki!`
Dlatego Holender spakował manatki i przeprowadził się do drugiej Holandii. Jest jak u siebie w domu, bo mówi wciąż ojczystym językiem i płaci guldenami (surinamskimi).
Jedyna różnica jest taka, że żyje teraz w wilgotnym, tropikalnym klimacie, gdzie w lutym jest +35 stopni.
Czy chcielibyście mieć dwie Polski do wyboru?
fca