onet.pl PATRONAT
Wpis do dziennika
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Wpisy do dziennika

Powrót
Jeden raz w życiu

1095   Wtorek, 25 lutego 2003 r.

  Anioł spędził wczoraj sporo chwil na rozmyślaniach. Myślał, myślał i wymyślił... Będzie umieszczał co jakiś czas felietony napisane przez Beatę. Co Wy na to?

Poczytajcie...

To bardzo mądra kobieta pisała...

P.S. Beata z pewnością ukręci mi głowę za to ostatnie zdanie. Ale trudno się nie zgodzić, prawda?

Pozdrawiam

Anioł


                                         Jeden raz w życiu

  Są takie rzeczy, które trzeba zrobić jeden raz za dużo, żeby nie robić ich nigdy więcej.

  Zdarzyło wam się jechać samochodem i na sekundę spojrzeć w dół? Pewnie wiele razy. Przez sekundę przecież nic nie może się stać. Takich sekund miałam setki: żeby zmienić kasetę w radioodtwarzaczu, spojrzeć gdzie mi spadły pestki od jabłka, obejrzeć się za reklamą itd. Aż raz jechałam wcześnie rano, kiedy drogi są prawie puste i usłyszałam syrenę. Myślę o syrenie alarmowej karetki pogotowia albo wozu strażackiego. Zwolniłam i rozejrzałam się skąd nadjeżdża, żeby ustąpić syrenie pierwszeństwa i wtedy właśnie gruchnęłam w samochód, który nagle zahamował przede mną. Nigdy więcej – powiedziałam sobie – nigdy więcej nie spuszczę oczu z drogi.
 
  Zdarzyło wam się jeść garściami maliny dopóki nie zajrzeliście jednej do środka, gdzie spokojnym snem spały wypasione robaki? I pewnie zdarzyło wam się też pływać w niedozwolonym miejscu dopóki nie dostaliście falą po głowie.
 
  W zeszłym tygodniu znowu zrobiłam coś po raz ostatni w życiu.
 
Pojechałam na pustynię Sahara do górskiej oazy w Tunezji. Pustynia to krajobraz prawie księżycowy – żółta, pusta, spalona ziemia z pagórkami i wiatr, który wzbija tumany pyłu. Czasami jak się jedzie samochodem i mocno wieje, jest tak, jak podczas bardzo gęstej mgły – dookoła nie widać nic oprócz żółtego kurzu, nie wiadomo gdzie jest droga, a gdzie niebo.

Po dwóch godzinach dotarliśmy do osady, składającej się z kilku okrągłych chat. Berberowie prowadzili tu mały interes wożąc piszczących z emocji turystów na grzbietach wielbłądów. Były więc chaty, były wielbłądy, byli Berberowie w turbanach, byli turyści; i były dzieci.

Biedne tamtejsze podrostki, których nie stać na własnego wielbłąda, więc chodzą po pustyni zbierając zasuszone kwiaty i kawałki kryształu i próbują je sprzedać przybyszom z innego świata. Jak bardzo inny jest świat, z którego przyjechaliśmy, mogą sobie tylko wyobrażać. Dla nich całym życiem pozostaną gorące dni, zimne noce, pustynny pył i świadomość, że może czasem jakiś ładnie ubrany, czysty, biały człowiek będzie miał kaprys i na pamiątkę coś od nich kupi.

Nie zamierzałam niczego kupować i kiedy podszedł do mnie mniej więcej dziesięcioletni chłopak z różą pustyni w ręce, pokręciłam przecząco głową. Spodziewałam się namawiania i „najlepszej ceny”, ale on powiedział tylko: „Caramelo”. Chciał cukierka. I kompletnie mnie tym zaskoczył. Miał spękane od upału wargi, brudne ubranie i różę pustyni za cały dobytek.

Zaczęłam przeszukiwać kieszenie. Niczego nie brakowało: zapasowe filmy do aparatu, baterie, jednorazowe chusteczki, paszport, scyzoryk, długopis i zeszyt, miałam wszystko co mogłoby mi być potrzebne na pustyni, ale kurczę, nie miałam nic, czym mogłabym się podzielić z drugim człowiekiem!... Z kimś, kto ma znacznie mniej ode mnie tylko dlatego, że urodził się w miejscu, w którym jedzenie nie stoi zawsze gotowe w lodówce. Zaczęłam biegać po osadzie pytając turystów czy mnie mają przypadkiem cukierka, a oni patrzyli zaskoczeni dlaczego tak mnie nagle wzięło na słodycze i z podejrzeniem, że próbuję coś od nich wysępić, bo mam węża w kieszeni. Dopadłam wreszcie znajomego, który z kieszeni wydłubał starego cukierka, szczęśliwa wróciłam do wielbłądów i odszukałam chłopca.
  - Nigdy więcej – powiedziałam sobie – nigdy więcej nie wyjdę z domu z pustymi kieszeniami.
 
  Od tamtej pory zawsze noszę ze sobą coś, co  mogłabym oddać na wypadek spotkania z człowiekiem, który ma mniej ode mnie.
 
  Beata Pawlikowska


d66
Powrót