Spojrzałam na błękitne niebo głaskane przez czubki drzew i usłyszałam szept. Czy to sosny szeptały do mnie z wysokości gorącego słońca, czy może to echo rozedrganego od upału powietrza?
Zanurzyłam wiosło, rzeka odpowiedziała mi pluśnięciem, a potem szept nagle poderwał się z powierzchni wody i usiadł na mojej ręce.
Dookoła było tak cicho, ze słyszałam trzepot skrzydeł ważki. Była jeszcze bardziej niebieska od mazurskiego nieba.

Czerwony kajak, dwa wiosła i jezioro. Zielone choinki na brzegu. Dla mnie to zupełna nowość.
Pływałam czółnem w dżungli amazońskiej wiele razy i po różnych rzekach. Ale na brzegu zawsze ciasno tłoczyła się dżungla ze ściskającymi się nawzajem roślinami. Kładły się jedne na drugich, usiłując liśćmi sięgnąć jak najbliżej słońca. Czasem oplatały większe drzewa albo spływały zielonymi kobiercami aż do rzeki. Z czółna było widać tylko masę skłębionych liści o wszystkich możliwych kształtach i rozmiarach.
Nagle na brzegu mazurskiej rzeki zobaczyłam choinkę i aż się zatrzymałam ze zdumienia. To było dla mnie bardzo egzotyczne :)

Rzeka nazywa się Marózka i płynie przez niezwykły las, który przez znawców tematu jest nazywany Puszczą Napiwodzko-Ramudzką i znajduje się w pobliżu wioski Pluski, niedaleko Olsztynka na Mazurach. To jest moje pierwsze prawdziwe spotkanie z Mazurami.
W puszczy nad Marózką rosną strzeliste sosny i kudłate jodły, a błyszczące w słońcu kępy paproci zwieszają się ku wodzie. Po rzece pływają kaczki, starając się omijać miejsca zarezerwowane przez bobry, które z wielkim zapałem budują żeremia.
Rzeka wije się jak na karuzeli, trudno czasem nadążyć za jej krętym biegiem, tym bardziej, że wartki nurt śmiało porywa kajak, rzucając go na zwalony pień, mieliznę albo w krzaki. Czasem przeszkoda jest nie do pokonania, trzeba więc wskoczyć do płytkiej, idealnie przezroczystej wody, dotykając stopami kolorowych kamyków na dnie i przepchnąć kajak ponad zatopionym pniem albo przez mały wodospad.
Dookoła trzepoczą skrzydła elektrycznie niebieskich ważek. To one do mnie tak szeptały.

