onet.pl PATRONAT
Wpis do dziennika
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Wpisy do dziennika

Powrót
Broken Flowers

Nazwisko Jima Jarmuscha znałam ze słyszenia. Wiedziałam, że jest reżyserem i że jego filmy są oryginalne. Ale co to może oznaczać w praktyce – nie umiałabym powiedzieć.

Wczoraj obejrzałam jego film pt. Broken Flowers. W roli głównej – Bill Murray. Oraz Sharon Stone, która jednak była dość trudna do rozpoznania, nie dlatego, że dziwnie ucharakteryzowana, ale po prostu wyglądała trochę jak nie ona. Być może to jest właśnie zamysłem reżyserskim Jima Jarmuscha.

Główny bohater jest samotny, ale nawet o tym nie wie. Jest w swoim życiu zawieszony w pewnego rodzaju wygodnej próżni. Nic się nie dzieje, nikogo nie ma, niczego nie pragnie, za niczym nie tęskni. Trwa. Siedzi w fotelu, ogląda jakiś film, śpi, odbiera telefon. Kiedy podnosi słuchawkę, mówi:

- Cześć, Winston – bo jedyną osoba, która kiedykolwiek do niego dzwoni, jest sąsiad.

Główny bohater prowadzi więc życie po życiu. Kiedyś był „człowiekiem” – kochał, podrywał, marzył, działał. Teraz już tylko dryfuje rzez kolejne dni, nie pragnąc niczego. Jego jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym jest Winston. I to on właśnie namawia go do wyruszenia tropem pewnego tajemniczego listu napisanego czerwonym atramentem na różowym papierze.

Nie opowiem Wam treści filmu, bo nie chcę Wam zepsuć przyjemności oglądania. Chociaż oglądanie jest też dość szczególnym doświadczeniem.

Bohater wsiada do samochodu. Jedzie. Zakręca. Znowu jedzie. Takich rzeczy nie pokazuje się już we współczesnych filmach, które toczą się szybko, energicznie, operują symbolami i pozwalają widzowi domyśleć się co się działo zanim bohater zastukał do czyichś drzwi. Jim Jarmusch pokazuje te momenty. Bohater leci samolotem. Patrzy w okno. Myśli. Cos sobie przypomina. Leci.

Wszystko w tym filmie jest tak samo nieśpieszne i powolne, jak wskazówka godzinowa na zegarze, o której wiadomo, że się przesuwa, ale robi to w sposób niezauważalny. I tak samo odmierza się samotność w ludzkim życiu. Kropla po kropli, centymetr po centymetrze, stopniowo coraz szczelniej wypełnia dusze, aż w końcu człowiek nie wie skąd jej tyle w sobie ma. I nie za bardzo potrafi sobie z nią poradzić, więc zazwyczaj nie robi nic. Zastyga jak woskowa figura, przyzwyczajona do wykonywania określonych czynności, starając się jednocześnie nie myśleć zbyt wiele, bo zastanawianie się mogłoby zburzyć kruchy spokój.

Odniosłam wrażenie, że wszyscy bohaterowie filmu „Broken Flowers” są właśnie tacy. Każdy z nich jest samotny, zagubiony choć pozornie odnaleziony.

A cała opowieść jest trochę jak lot komety po niebie. Wszyscy widzą, że leci, ale nie wiadomo dokąd. Zastanawiam się nawet czy Jim Jarmusch to wie.



Powrót