Prowadziłam w tym tygodniu dwie ważne konferencje. Jedna z nich skończyła się bardzo późnym wieczorem.
Właściwie była już noc, kiedy wyszłam z restauracji na dwór. Nad Kolumną Zygmunta na Starym Mieście w Warszawie wisiał gigantyczny srebrny księżyc. Po cichych ulicach snuli się zakochani i zagraniczni turyści. Wymieniali uwagi ściszonym głosem, trzymali się za ręce, chłonęli czerwcowy wieczór pachnący gardeniami.
Szłam po ulicy brukowanej kocimi łbami, nie śpiesząc się do nikąd, wymieniając spojrzenia z księżycem, otulając się płaszczem przed chłodem nocy.
Pomyślałam, że czasem warto nie zamykać dnia zbyt szybko. Pozwolić mu trwać, nawet jeśli niezauważenie zamienić się w noc.
Miasto nocą jest dziwne, tajemnicze, intrygujące. Czarne koty wychodzą z ukrycia, stapiając się z ciemnością, ludzkie kroki wydają się odmierzać czas i zapowiadać ważne zdarzenia dnia jutrzejszego, a samochody snują się jak wielkie cienie duchów w dżungli…
Lubię noc. Lubię w niej wypatrywać to wszystko, co przyniesie za chwilę nowy dzień :)
