Angkor Vat budzi sie wczesnie. Juz po piatej rano pierwsze grupki zaspanych turystow wysiadaja z tuk-tukow na wielkim zadrzewionym placu nieopodal swiatyni.
Tuk-tuk to riksza ciagnieta przez kierowce na motorze.
Angkor Vat to jedna z wielu swiatyn pozostalych w dawnej stolicy imperium Khmerow. Przed switem spiewaja tam ptaki, a ciemnoblekitne niebo wydaje sie spowijac trzy wieze swiatyni jak welon.
Do swiatyni prowadzi dluga droga miedzy dwoma sztucznymi jeziorami. Jeszcze nie skonczyla sie na dobre noc, kiedy weszlam na groble miedzy jeziorami. Szlam przed siebie w rozjasniajacej sie ciemnosci.
Nagle na niebie blysnela pierwsza kreska jasnego blekitu. Potem nastepna. A potem ciemnosci nocy utonely gdzies w mrocznych glebiach kamieni i rzezb starozytnego miasta, a nad swiatynia rozpoczal sie swit.
A my czekalismy dalej.
Slonce wylonilo sie powoli okolo szostej trzydziesci, unoszac sie nad potrojnymi wiezami Angkor Vat jak goraca pomarancza.
I nastal dzien.