
Sawanna nigdy nie wydawała się tak niepokojąco dziewicza. Widziana z okien samochodu wyglądała znacznie bardziej przytulnie i bezpiecznie. Zawsze mieliśmy dookoła mocną konstrukcję z żelaza, która przynajmniej przez pewien czas stawiałaby opór wszelkim krwiożerczym szczękom. Poza tym – jak mieliśmy okazję doświadczyć tego na własnej skórze – czasem wystarczyło zamknąć wszystkie okna, dach i drzwi, żeby uniknąć niebezpieczeństwa. Tak było przecież podczas ataku małp w lesie Lerai na dnie krateru Ngorongoro i wtedy, gdy przy drzewie parówkowym pojawił się lew. Gdyby na naszej drodze stanął słoń z zamiarem zmierzenia swoich słoniowych mięśni w pojedynku z naszymi mechanicznymi końmi, wynik byłby trudny do przewidzenia. Słoń może ważyć przecież nawet pięć ton, a poza tym w przeciwieństwie do samochodu, ma bystry umysł i potrafi z fantazją korzystać ze wszystkich części swojego ciała.
Wysiadanie z samochodu podczas safari jest kategorycznie zabronione. Od tej zasady są dwa wyjątki: wolno wysiąść w miejscach do tego przeznaczonych, czyli tam, gdzie stoi ławka, stolik i gdzie można skorzystać z toalety. Drugim wyjątkiem są piesze safari, odbywające się po ściśle wyznaczonej trasie i w towarzystwie uzbrojonego przewodnika. Podczas takiego pieszego safari w Kenii doszłam kiedyś do miejsca, gdzie pasły się dwa nosorożce. Stały półtora metra od nas, zupełnie nie zwracając na nas uwagi.
Teraz jednak byliśmy na sawannie sami. Kruche ludziki w królestwie dzikich zwierząt. Wiatr porywał nasze zapachy i niósł je hen, w dal, do nie wiadomo czyjego nosa. Dookoła panowała wielka afrykańska cisza, która nie jest pozbawiona dźwięków, a wprost przeciwnie – stanowi misterną symfonię szelestu traw, łopotu skrzydeł, tętentu kopyt uciekającej gazeli i szybkiego oddechu goniącego ją lamparta. Wiele zależy od tego, jak daleko od głównej sceny znajduje się niewidzialny fotel, w którym akurat siedzisz.
Włączyłam więc wszystkie moje świeżo naostrzone zmysły i rozglądałam się pozornie od niechcenia, w rzeczywistości jednak skanując sawannę i starając się dostrzec zagrożenie zanim ono dostrzeże mnie.
Michał chyba wyczuł moje skupienie, bo odezwał się raczej beztroskim tonem:
- Tylko mnie dzisiaj nie strasz.
- Dobrze – odrzekłam krótko.
- Wiem, że tu nie ma skorpionów, bo one w dzień śpią! – przypomniał sobie z zadowoleniem Michał. – Nie ma też sufitu, więc żaden potworny pająk nie wpadnie mi do zupy.
- A lew? – zapytałam.
- Tutaj? – zdziwił się Michał. – Po co? Przecież tu nie ma żadnych zwierząt.
- To prawda- musiałam przyznać.
Sawanna wydawała się całkiem opuszczona. Antylopy pewnie wywędrowały w poszukiwaniu zielonej trawy, a za nimi podążyły lwy, gepardy, hieny, likaony i lamparty. A słonie?

Masajowie szli przed siebie w milczeniu. Być może omówili już wszystkie ważne sprawy, a może na sawannie nie było potrzeby wymieniać się słowami. Cisza własnej duszy lepiej gra z symfonią ciszy afrykańskiej. Oczywiście pod warunkiem, że człowiek posiada duszę spokojną jak ocean.
- A węże? – przypomniał sobie nagle Michał i zobaczyłam znane mi drżenie w kącikach jego ust i łydkach wystających spod spodni.
- Co „węże”? – zapytałam od niechcenia.
Wojownicy zatrzymali się nagle, jakby na ich drodze wyrosła niewidzialna przeszkoda. Unieśli dzidy, a jeden z nich odwrócił się i powiedział w języku maa coś, co zrozumiałam jako:
- Mamy go!
Kogo mają? Po co go mają? I co my mamy z tym wspólnego? – przebiegło mi przez myśl, ale nic nie powiedziałam, czekając na rozwój wypadków.
- Co on powiedział? – szepnął Michał.
- Nie ruszaj się – ostrzegłam, widząc jak wojownicy napinają ciała i szykują się do ataku.
Niespodziewanie jednak zmienili zdanie, bo roześmiali się, opuszczając dzidy.
- Ásuráí! – wyjaśnił wojownik, odwracając się do nas. Musieliśmy mieć niezbyt mądre miny, bo roześmiał się znowu i pokazał wijący się kształt ramieniem. – Ásuráí – powtórzył.
- Czy to jest to, co myślę? - zapytał Michał, a ja odniosłam przedziwne wrażenie, że doświadczam właśnie deja vu. Podwójnego deja vu, ponieważ jedno z cała pewnością wydarzyło się wcześniej w Afryce, ale drugie…
- Powiedz „lew” – poleciłam Michałowi.
- Lew – powtórzył posłusznie.
Rozejrzałam się ostrożnie po sawannie. Oglądałam kiedyś taki film, którego bohaterowie przeżywali dramatyczne wydarzenia, byli atakowani przez nieznane istoty, coś rozdzierało ich ciała na strzępy. Szalały nieznane choroby i działy się inne okropności, których nikt nie był w stanie wyjaśnić. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że ludzie w tym filmie posiadają nieświadomą umiejętność projektowania zdarzeń, które najpierw pojawiają się w ich śnie, a potem po prostu stają się rzeczywistością. Najczęściej zabójczą.
Nigdzie w zasięgu mojego wzroku nie było jednak lwa.
- A powiedz „hiena” – poleciłam.
- Hiena – powiedział zaniepokojony Michał. – O co chodzi?
- Widziałeś film „Kula? – zapytałam, a kiedy pokiwał twierdząco głową, z namysłem poruszając brwiami, wyjaśniłam: - Myślałam, że ty sam ściągasz na siebie to wszystko, czego się najbardziej boisz.
- Zwariowałaś? – oburzył się Michał. – Czy ty tu gdzieś widzisz hienę? Albo lwa?
- Widzę – odrzekłam zaczepnie i spojrzałam mu prosto w oczy. Lwem raczej nie był, ale czy nie zdarzyło się przed chwila tak, że w momencie, kiedy zapytał mnie o węże, jeden z nich właśnie pojawił się w trawie?...
- Mankeki! – zawołał wojownik i pokazał ręką długi, ciemny kształt, szybko przemykające między trawami. - Ásuráí! Ásuráí!
- Wąż! – zawołałam po polsku, a Masajowie powtórzyli po mnie:
- Wonsz, wonsz!
- O matko! – Michał złapał się za kieszonkę.
- Omatko! – potwierdzili natychmiast Masajowie, rozumiejąc chyba, że to jest polska nazwa tego konkretnego węża.
- Omatko pufffff! – uściślił Masaj, robiąc ustami taki dźwięk, jak przy wypluwaniu powietrza.
- Puffffff?! – powtórzyłam ze zgrozą, ponieważ znany mi był tylko jeden wąż, do którego pasował ten przerażający opis.
- Omatko pufffff! – powtórzył Masaj w języku mieszanym, co na polski należałoby przetłumaczyć jako „kobra plująca”.

Po angielsku nazywa się spitting cobra i jej nazwa dosłownie oddaje ulubiony sposób walki. Kobra podnosi głowę, znajduje oczy napastnika, a potem za pomocą specjalnie skonstruowanych narządów w paszczy wysyła do nich ładunek jadu. W rzeczywistości kobra nie „pluje”, tylko ściąga mięśnie, wyciskając z gruczołu jadowego porcję trucizny, która spływa po długich zębach, a kiedy dotrze do ich koniuszka, wąż z całej siły wypycha z płuc porcję powietrza, która rozpryskuje jad na podobieństwo aerozolu, który leci prosto do celu.
Jad kobry jest tak silny, że pali oczy i wywołuje utratę wzroku.
- I nic się nie da zrobić? – przestraszył się Michał.
- Podobno jeśli natychmiast przemyje się oczy dużą ilością wody, to można je uratować – odrzekłam uczciwie. – Tylko skąd wziąć czystą wodę?
- Omatko puffff! – powtórzył wojownik pokazując na oczy i krzywiąc się tak, jakby cos mu sprawiło ból.
- I one tu żyją? – upewnił się Michał, przestępując z nogi na nogę.
-W zeszłym roku nawet znaleziono nowy gatunek, większy i groźniejszy od tych, które znano wcześniej – dodałam. – Podobno pluje jadem na odległość ponad dwóch metrów.
- I to jest ta słynna czarna mamba? – przypomniał sobie Michał.
- Mamba! – podchwycił Masaj, pokazując palcem jak sobie podrzyna gardło, a potem strzepując rękę nad sawanną z zabawnym dźwiękiem, który jednak wcale nie kojarzył się wesoło, a wprost przeciwnie.
- Mamba nie pluje - sprostowałam.
Michał odetchnął z ulgą.
- Mamba skacze – dodałam wyjaśniająco. – Potrafi skoczyć na wysokość kilku metrów i schwytać lecącego ptaka, a jadu w jednym ukąszeniu wystarczyłoby na zabicie czterdziestu ludzi.
- Wracamy! – zawołał Michał. – Wracamy!
Chwycił za dzidę wojownika i pociągnął ją do siebie.
- Wracamy! – powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu i znów okazało się, że język polski jest najbardziej zrozumiałym językiem na świecie.
Masajowie popatrzyli na siebie, a potem skinęli głowami i posłusznie zawrócili w stronę obozowiska. Michał szedł obok z mocno zaciśniętymi ustami, wpatrując się w ziemię.
- Ona jest czarna? – przypomniał sobie w pewnej chwili, tak jakby chciał się zawczasu przygotować na jej rozpoznanie i unicestwienie.
- Mamba?
- Tak.
- Jest raczej brązowa albo szara, dość niepozorna. Ale ma czarne wnętrze paszczy.
- Mogłem się domyślać, że czarna mamba nie jest czarna – dodał zgryźliwie Michał i przyśpieszył kroku.
Rzeczywiście, z nazwami różnie bywa. Jeżeli zapytacie Masajów na sawannie jak się po polsku nazywa plująca kobra, zapewne zgodnie z prawdą odpowiedzą, że „omatko puffffff”. To będzie na wieczność wkład Michała w afrykańską zoologię stosowaną.

Fragment książki "BLONDYNKA NA CZARNYM LĄDZIE", wyd. National Geographic 2009