
- To zwierzę jest większe niż samochód! – przerażony szept wdarł się do mojego przytulnego śpiwora i zaplątał się w moje spokojne sny jak ostrze zimnego noża.
- Obudź się! – nalegał dygoczący ze strachu głos. – Uciekajmy!
- Co? – mruknęłam, nie przestając śnić.
- Na zewnątrz jest jakieś zwierzę! Słyszę jego paszczę!
- Pewnie pies…
- To zwierzę jest większe niż samochód!!
- To może lew… - rzuciłam od niechcenia w głąb ciemnego namiotu i natychmiast poczułam łaskotanie na policzku.

Ocknęłam się. Delikatny dotyk na skórze może oznaczać bardzo dużo. Może to być nietoperz wampir w poszukiwaniu świeżej krwi, zabłąkany wąż albo pająk ptasznik. Ale zaraz - zamrugałam oczami – przecież ja jestem w Afryce. I to naprawdę może być lew!
- Słyszysz?!... – zadygotał głos. – Słyszysz jakie ma wielkie zęby?...
- Słyszę jakie ma wielkie zęby – odpowiedziałam szeptem i całkiem już przytomnie.
Znajdowaliśmy się w obozowisku na sawannie, w cienkim namiocie, który bez cienia oporu poddałby się pazurom nawet mniej wymagającego zwierzęcia niż lew. Mogliśmy zostać łatwo zaatakowani przez hieny, lamparta, krokodyla, nawet przez płochliwe szakale. Ale żadne z tych zwierząt przed natarciem nie miałoby raczej ochoty na chrupanie trawy. I choć odgłosy dobiegające z ciemności wydobywały się bez wątpienia z wielkiej paszczy, musiała to być paszcza roślinożerna.
- I co teraz? – wyszeptał Michał, którego twarz ze strachu zrobiła się biała jak księżyc i zaczęła świecić w namiocie.
- Hm, nie mamy broni – powiedziałam okrutnie. –Więc jeżeli ten lew jest głodny, to…
Zapadła krótka, treściwa cisza, w której słychać było nie tylko mordercze odgłosy z zewnątrz, ale i dudniący łopot Michałowego serca, które chyba miało ochotę wyfrunąć z niego na zawsze.
- …To?... – zapytał błyskając w ciemności szeroko otwartymi ze strachu oczami.
- Czy widziałeś kiedyś lwa jedzącego trawę? – zapytałam rzeczowym tonem.
- Ale on jest większy od samochodu…
- Michał! To nie jest lew!
- Widziałem – upierał się, a ja nagle uświadomiłam sobie dziwny fakt.

Co właściwie Michał robił w moim namiocie? Kiedy wieczorem kładłam się spać, byłam absolutnie i ponad wszelką wątpliwość sama. Kiedy i w jaki sposób?... Spojrzałam na niego z namysłem.
- Usłyszałem dziki ryk i wtedy… - wyjaśnił skruszonym głosem - …nie mogłem zostać sam…
- Dziki ryk?
Michał chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie mógł. Z jego ust wydobywał się porcelanowy marsz wybijany zgodnym rytmem przez szczękające zęby. Było to szczękanie tak orkiestralnie wielogłosowe i potężne, że i ja zamilkłam na chwilę. Nagle szczęka Michała opadła i otoczyła nas cisza. Gęstniejąca z każdą upływającą sekundą, w której z naglą jasnością i w tym samym momencie uświadomiliśmy sobie to, że chrzęszczące paszczą zwierzę na zewnątrz też zamilkło.
Zanim zdążyliśmy sobie to nawzajem zakomunikować, namiot się poruszył. A my razem z nim. Dzika paszcza nie znajdowała się już w bliżej nieokreślonej ciemności na zewnątrz. Była tuż obok, dysząc ciężko i łapczywie, jakby nie mogła się już doczekać dwóch soczystych polskich obiadów w naszych skromnych osobach.
W tej dramatycznej sytuacji należało zachować jak najdalej posuniętą ostrożność i rozwagę. Nie ruszać się, nic nie mówić, nie wykonywać żadnego gestu. Dzikie zwierzęta zazwyczaj atakują tylko wtedy, kiedy zostaną sprowokowane i gdy czują się zagrożone. W naturalnym odruchu próbują się wtedy bronić, wykorzystując wszelkie możliwe narzędzia sprezentowane im przez Matkę Naturę – kły, pazury, jad, rogi, kopyta albo po prostu porażającą masę ciała.
Miałam maleńką nadzieję, że Michał o tym wie. Niestety, nie wiedział. Szczękająca orkiestra jego zębów odezwała się z taką mocą, że dźwięk echem odbijał się od akacji porastających sawannę. W innych okolicznościach mogłoby to zostać uznane za wspomnienie egzotycznej polskiej zimy albo bratnie wezwanie dla pobliskiego Kilimandżaro. W tamtym momencie jednak świat się zatrzymał.
Zdumiona paszcza też.
Poruszyłam oczami i w przerażającej ciszy usłyszałam ich szelest. W następnej sekundzie serce wyskoczyło mi z wnętrzności, a Michał w posłusznym milczeniu osunął się bez przytomności na ziemię. W powietrzu zaś rozległ się najbardziej dziki i wyzywający, przeraźliwy i potworny ryk, jaki można sobie wyobrazić. Gdyby głos potrafił mrozić, zostałoby z nas lodowisko.
Wrosłam w ziemię. Michał u moich stóp wyglądał jak spokojnie uśpiony uciekinier z krwawego horroru o przygodach Drakuli. Jednym ruchem otworzyłam namiot. Świst otwieranego suwaka zabrzmiał wyzywająco jak próbny wystrzał. Ścisnęłam w ręce latarkę, nabrałam głęboko powietrza i wyskoczyłam w ciemność.

Fragment książki "BLONDYNKA NA CZARNYM LĄDZIE", wyd. National Geographic marzec 2009